Jednym z moich rowerowych marzeń była wyprawa rowerowa z Krakowa przez całą Polskę, aż na sam jej najdalej wypuszczony skrawek lądu w morze – na Półwysep Helski. Kilka lat temu, wraz z kolegą z pracy, przejechaliśmy taką trasę – 900 km z Krakowa na Hel. W tym wpisie opowiem jak wyglądała nasza tygodniowa wyprawa z Krakowa nad Bałtyk, jakie miejsca odwiedziliśmy po drodze i jak zmieniały się tereny im dalej na północ Polski.
Opis trasy, mapa i GPX
Trasa liczy ok. 900 km i prowadzi przez całą Polskę, przecinając sześć województw: małopolskie, śląskie, łódzkie, wielkopolskie, kujawsko-pomorskie i pomorskie.

A jak dojechać z Krakowa nad morze? Trasę zaplanowałem tak, aby każdy odcinek miał ok.150 km i kończył się w większym mieście. Dzięki temu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem noclegów, restauracji czy sklepów – a przy okazji można było coś pozwiedzać. Noclegi wypadły nam w: Częstochowie, Łodzi, Włocławku, Grudziądzu i Gdyni. Na ostatni dzień wyprawy zaplanowałem pętlę Gdynia – Hel – Gdynia.

Cała trasa prowadziła głównie bocznymi drogami asfaltowymi o niewielkim ruchu samochodowym. Pojawiły się też fragmenty dróg rowerowych należących do większych szlaków rowerowych, takich jak Rowerowy Szlak Orlich Gniazd, Wiślana Trasa Rowerowa oraz nadmorski szlak VeloBaltica/R10. Trasa praktycznie nie prowadzi po terenie – fragmentów po drogach szutrowych lub leśnych to zaledwie kilkanaście kilometrów i były to łączniki między bocznymi drogami, pozwalającymi ominąć ruchliwe arterie.
Przygotowanie do wyprawy Kraków – Hel
Przed wyprawą miałem już przejechane kilka setek, a mój najdłuższy dystans to 120 km, więc kondycyjnie czułem się dobrze przygotowany. Na moim nowym rowerze gravelowym przejechałem już kilkaset kilometrów, więc sprzęt był sprawdzony, a i ja przyzwyczaiłem się do w innej pozycji po przesiadce z MTB.

Bagaż na wyprawę spakowałem w dwie torby bikepackingowe: podsiodłową Topeak Backloader 15 L oraz mały trójkąt w ramie na podręczne drobiazgi. Pojemność nie była duża i trudno było zmieścić wszystko, co chciałem zabrać, ale przynajmniej zmusiło mnie to do ograniczenia bagażu. Jedynie nie zostawało mi zbyt wiele miejsca na pamiątki 😉
Chcesz wiedzieć jakiego ekwipunku używam na wyprawach? Zajrzyj na stronę Mój sprzęt.
Dzień 1: Kraków – Częstochowa (152 km)
W sobotni poranek ruszamy z Krakowa. Pogoda dopisuje, a pierwsze kilometry to znajome drogi po wałach wzdłuż Wisły. W głowie pojawiają mi się myśli: co ja najlepszego robię? Rzucam się z motyką na słońce?!
Na rynku w Olkuszu robimy sobie dłuższą przerwę.

Dzisiejsza trasa prowadzi przez wyżynę krakowsko-częstochowską – chociaż nie są to góry, to teren jest mocno pofałdowany. Co chwilę trafia się jakiś nieduży pagórek – tyle że na 150 km te przewyższenia skumulowały się do 1491 m w górę.


W okolicy 100 km wjeżdżamy na fragment Rowerowego Szlaku Orlich Gniazd. A tam trafiamy na sąsiadujące ze sobą zamki – Zamek Bobolice i Zamek Mirów.

Dalej szlak prowadzi nas przyjemną asfaltową drogą przez las, praktycznie bez żadnego ruchu. Ale też tu pogoda zaczyna się psuć – już pierwszego dnia muszę sięgnąć po moją wściekle limonkową kurtkę przeciwdeszczową.

Na 114 km, w Żarkach, trafiamy na nietypową atrakcję – to zbiór zabytkowych, murowanych stodół. Budynki są wykonane z jurajskiego kamienia, a cała “dzielnica” stodół powstała w XIX i XX wieku, kiedy przez ciasną zabudowę rolnicy nie mogli stawiać budynków gospodarczych zaraz przy swoich domach.

Dojeżdżamy do Częstochowy. W końcu, bo nie przypilnowałem sobie zapasów wody i odwodnienie daje mi się we znaki.

Jeszcze tylko przeciskamy się przez remontowane drogi do kluczowego punktu w Częstochowie, czyli na Jasną Górę. Teraz możemy kierować się do noclegu.

Wieczorem idziemy pozwiedzać Częstochowę. Jestem zaskoczony, jak bardzo ładne i spokojne jest to miasto. Wszędzie jest pełno kolorowych murali.


Ciężki to był dzień – długi dystans i masa przewyższeń, które bardzo męczyły. Chociaż każde z nich wynagradzał przyjemny zjazd. Ale już jutro wjeżdżamy do województwa łódzkiego, a więc na tereny łagodnej płaskopolski.
Dzień 2: Częstochowa – Łódź (156 km)
Kolejny dzień wyprawy zaczynamy bardzo zdrowo – śniadaniem w Maku 😀

Jak się spodziewałem, po wyjeździe z Częstochowy od razu wita nas oblicze płaskopolski – wielkie płaskie lasy i pola. Przynajmniej będzie to łagodniejsza trasa niż pierwszego dnia.

Na 64 km dojeżdżamy do punktu widokowego na kopalnię węgla brunatnego w Bełchatowie. Niesamowite, jak wielka jest to dziura w ziemi. Robi wrażenie, kiedy widzi się ją na żywo, a nie tylko w podręczniku do geografii.


Później jechaliśmy po drogach przez teren elektrowni, gdzie w większości nie można było robić zdjęć. Ale przynajmniej nie było ruchu.

Takie widoki towarzyszą nam przez cały dzień – spokojne, boczne drogi w tunelu drzew, przecinające ogromne pola uprawne ciągnące się po horyzont.


