Stało się! Zachęcony obrazkami z Internetu, po dwóch latach wahania, postanowiłem wystartować w moim pierwszym ultramaratonie gravelowym. A na ten debiut wybrałem Ultra Race Roztocze na dystansie Classico 350 km. W tym wpisie opowiem jak mi poszło, co do zaoferowania ma Roztocze pod kątem rowerowym, oraz że z pogodą nie ma żartów.

O imprezie Ultra Race Roztocze
Ultramaraton organizowali Patrycja i Tomek z More Ultra Race, a bazą zawodów był Susiec – niewielka miejscowość w samym centrum Roztocza. Do wyboru dostępne były trzy dystanse:
- Gigante – najdłuższy dystans – ok. 590 km i 4000 m przewyższenia, z limitem 80h
- Classico – ok. 350 km i 2500 m przewyższenia, limit 60h
- Piccolo – 120 km i 900 m przewyższenia, limit 12h – idealne na jednodniowy przejazd
Trasa Ultra Race Roztocze Classico – jak wyglądała?
Trasa, którą jechałem – czyli Classico – liczyła sobie około 350 km i 2700 m przewyższenia – z czego ok. 40% stanowiły odcinki gravelowe.
Startowaliśmy w Suścu i kierowaliśmy się na północ, przez lasy Puszczy Solskiej, Roztoczański Park Narodowy i pola rzepaku za Szczebrzeszynem. Od Janowa Lubelskiego trasa zawracała na południe – przez Lasy Janowskie, lasy biłgorajskie oraz Roztocze Wschodnie wzdłuż granicy polsko-ukraińskiej.
Pit-stop zaplanowany był na 240. kilometrze, w Józefowie.
Większość trasy to spokojne boczne drogi asfaltowe o znikomym ruchu samochodowym, leśne szutry ze sporadycznym dodatkiem sypkiego piasku, polne drogi wyłożone betonowymi płytami, zniszczonym asfaltem, oraz błotniste drogi przez pola. Ale o tym niedługo.
O ile pierwsza część trasy prowadziła przez bardziej zurbanizowane tereny, z mniejszymi miejscowościami przynajmniej co 20-30 km, to druga połowa – w okolicach granicy – była znacznie dziksza: niemal wyłącznie lasy i sporadyczne wioski bez sklepów.
Informacje o kolejnych edycjach znajdziesz na oficjalnej stronie zawodów Ultra Race Roztocze.
Dlaczego wybrałem Ultra Race Roztocze?

Na pierwszy start szukałem w miarę łatwej trasy – 2500 m przewyższenia na 350 km to relatywnie mało. A co najważniejsze – jazda w terenie, a w szczególności techniczne zjazdy – nie są moją mocną stroną. Roztocze to nie tereny górskie, więc spodziewałem się, że poza łagodnymi podjazdami i zjazdami z niewysokich pagórków, warunki będą raczej przyjazne.
Moje przygotowanie
Szczerze to start sezonu miałem dosyć średni. Poza codziennymi dojazdami rowerem do pracy, przed wyścigiem miałem na koncie tylko pięć tras powyżej 50 km – w tym jedną setkę. Liczyłem na formę i doświadczenie skumulowane z poprzednich lat oraz wypraw bikepackingowych, gdzie zdarzało mi się robić ponad 150 km dziennie.

Jechałem na oponach Specialized Pathfinder 42 mm – nieidealnych na teren, ale założyłem, że jadę z tym co mam. Na odcinkach asfaltowych i szutrowych przejadę sobie komfortowo, w przypadku trudniejszego terenu – jakoś się przemęczę.
Więcej o ekwipuku, jakiego używam, znajdziesz na stronie Mój sprzęt.
Plan i cel na pierwszy ultramaraton
Moim celem było przede wszystkim ukończyć maraton i… nie być ostatnim. Jak na pierwszy raz i tak było to dla mnie spore wyzwanie. Po cichu liczyłem też na miejsce w pierwszej połowie stawki.
Trasę podzieliłem na dwie mniej więcej równe części – z noclegiem na 180 km w Biłgoraju. Chociaż pit-stop nie był jakoś dużo dalej, bo na 240 km, to wolałem jechać zachowawczo.
Lepiej po pierwszym maratonie czuć niedosyt, niż jechać ponad siły i zrazić się na dłużej

Ultra Race Roztocze 2025: Dzień 1
Przed startem
Najbardziej obawiałem się pogody. Chociaż majówka była piękna, to akurat na dzień startu zapowiadano od 4 do 8 stopni i ciągły deszcz. Serio? Taki chłód w maju?
0 km – Start
O 7:50 ruszam w grupie ok. 10 zawodników. Stres i adrenalina sprawiają, że jadę dosyć szybko – może warto byłoby oszczędzać energię na później? Przynajmniej to tempo pozwala mi się rozgrzać – jest mega zimno.
2 km – Wjeżdżamy do lasu
Skręcamy z asfaltowej drogi w lasy Puszczy Solskiej. Zaczynają się betonowe płyty lub drobny szuterek. Pierwsi zawodnicy zaczynają mnie wyprzedzać – spodziewałem się tego. Trzymam się swojego tempa.
12 km – Kamieniołom w Nowinach

Pierwsza atrakcja na trasie, czyli przejazd przez Kamieniołom Nowinach. Surowy, niemal pustynny krajobraz, mimo deszczu robi wrażenie. Na górę kamieniołomu wprowadzam rower po schodach, a potem znów wjeżdżamy w las. Dostaję SMS-a od organizatora, że mój tracker nie działa. Próbuje go resetować, ale to nie pomaga.

16 km – Singletrack Józefów
Po rundce przez lasy wjeżdżamy na 8-kilometrowy singletrack. Jak mówiłem, w jeździe terenowej jestem kiepski, więc przed wyścigiem wielokrotnie oglądałem filmiki z tego odcinka, aby przygotować się do trudniejszych fragmentów.

Wiem, że czeka mnie kilka stromych i krętych zjazdów. Na dwóch z nich sprowadzam rower. Nie chcę ryzykować – zwłaszcza w deszczu.
Na trasie są też trzy bardzo strome podjazdy, które udaje mi się pokonać, nisko przyklejony do roweru, aby utrzymać przyczepność. Łydki płoną!
Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy nie lepiej było tam podprowadzić rower i zaoszczędzić siły na później?
Singletrack w Józefowie był naprawdę fajny – dobrze przygotowany i oznakowany, z różnorodnymi elementami, ale należy do tych łatwiejszych.

Pamiętam, że w pewnym momencie drogę przebiegł mi zając!
27 km – Kamieniołom Babia Dolina

Po singletracku przejeżdżam przez Kamieniołom w Józefowie. Fajna miejscówka, ale na drodze jest dużo rozbitego szkła – muszę uważać. Gdy już chcę wyjeżdżać z kamieniołomu, nagle z krzaków wychodzi grupa ludzi w starych mundurach i z jakimś sztandarem. To chyba grupa rekonstrukcyjna? W sumie ten Kamieniołom nadaje się w sam raz na plan filmowy.
38 km – Roztoczański Park Narodowy
Przez Park Narodowy prowadzi super równa droga szutrowa, przez większość czasu trochę z górki. Można nabrać fajnej prędkości. Gęste drzewa nad droga tworzą parasol, przez co deszcz jest trochę mniejszy. Niestety hamulce zaczynają mi złowieszczo piszczeć i trzeć – zły znak.
48 km – Pitstop pod Orlenem
Za parkiem narodowym zatrzymuję się pod małym Orlenem w Zwierzyńcu. Nie ja jeden, spotykam tu całą grupę zawodników. Wchodzę do środka trochę się ogrzać, kupuje kawę i uzupełniam wodę. Jest strasznie zimno i nie wytrzymuję zbyt długo stojąc w miejscu. Jadę dalej. Deszcz pada coraz mocniej.
62 km – Szczebrzeszyn

Po asfaltowym odcinku zatrzymuję się w Szczebrzeszynie na obowiązkowa fotkę z chrząszczem. Znowu uzupełniam zapasy przed dłuższym odcinkiem bez sklepów. Woda, izotonik i drożdżówka. W sklepie na chwilę jest trochę ciepłej.
65 km – Pola rzepaku

Wyjeżdżam ze Szczebrzeszyna na pagórek – z góry rozciągają się piękne żółte pola. Brakuje tylko słońca.
79 km – Błotna masakra
Skręcamy w polne drogi pośród pól rzepaku, w dolinie otoczonej lasem. Widok piękny? No tak, tylko że tutejsza gleba składa się z gliny. Może przy słonecznej pogodzie jest to solidnie ubity grunt – teraz w deszczu jedzie się tutaj jak po miękkim, ciepłym maśle.
Staram się jechać, ale moim rowerem miota na boki. Po kilkuset metrach błoto jest jeszcze bardziej miękkie i lepkie. Nie da się jechać, prowadzić rower też jest ciężko, a tym bardziej nieść – błoto natychmiast go obkleja i dodaje kilogramów. Nie mam wyjścia – prowadzę rower w błocie, deszczu i chłodzie. Błoto wciska mi się pod ochraniacze na butach.

W końcu docieram do końca błotnistej drogi. Akurat jest to na górce, na której stoi drewniana wiata. Kilku zawodników już się tam schowało – wspólnie narzekamy na błoto. Wieje silny, zimny wiatr – prosto do wiaty, więc nie jest w niej ani trochę ciepło. Mój rower wygląda tragicznie.


Czuję, że stojąc tu bez ruchu bardzo szybko się wychładzam. Wyciskam wodę z rękawiczek i jadę dalej – już po asfalcie lub betonowych płytach.
85 km – Wieża widokowa
Po kilku kilometrach przy wieży widokowej spotykam Tomka – organizatora, który kręci relację z trasy. Dopinguje mnie przez megafon. Widok jest piękny na pofalowane, żółte pola rzepaku. Ale jest mi zbyt zimno żeby stać w miejscu – jadę dalej!

90 km – Zepsuta przerzutka
Nie działa mi przednia przerzutka. Pewnie błoto dostało się do pancerza. Żeby zmienić bieg, muszę się zatrzymać, ręcznie odgiąć wózek przerzutki i dopiero potem wrzucić bieg manetką. Ale przynajmniej zrzucanie na mniejszy blat działa. Noo… dalsza jazda zapowiada się zabawnie.

100 km – Znowu błoto
Wjeżdżam w sady pełne krzaków malin. Znowu zaczyna się błoto. Prowadzę rower, już mi wszystko jedno. Czasami udaje mi się przejechać kawałek.

Przy jednej z prób jazdy, naglę czuję jak tylne koło wpada w poślizg, a rower zaczyna się obracać. Nie wiem co się dzieje, ale po chwili stoję w kierunku przeciwnym niż jechałem. Śmiesznie 😀
117 km – Frampol i myjnia
W miejscowości Frampol jest myjnia samoobsługowa – super, może odblokuję przerzutkę. Matko, myjnia jest tylko na monety – szybka rundka do sklepu rozmienić kasę, Myję rower, ale to nie pomaga – przerzutka dalej stoi.
126 km – Spotkanie na trasie
Jadę dalej pod wiatr, głównie asfaltowymi drogami. Doganiam Bartka, z którym pojedziemy razem do końca dnia.
141 km – Zupa na rozgrzanie
W Janowie Lubelskim zaplanowałem postój w bistro Bogatka. Zdążyliśmy przed zamknięciem. Gorący, słony rosół w tych okolicznościach smakuje jak spełnienie marzeń.
146 km – Lasy Janowskie

Kolejne kilkadziesiąt kilometrów to piękne szutry premium przez ogromne połacie Lasów Janowskich. Równe, płaskie, leśne drogi. Jest pięknie – dużo lepiej niż w błocie.

167 km – Zapada zmrok
Robi się ciemno. Do noclegu mamy jeszcze 27 km.
176 km – Błoto nie odpuszcza
A już myślałem, że będzie pięknie. Przed samym Biłgorajem kończą się szutry i asfalty – błoto znów atakuje. W ciemnościach prowadzę rower.
184 km – Nocleg w Biłgoraju
Dojeżdżam przed 22:00. Szybko wskakuję na stację benzynową, żeby się ogrzać. Bartek dojeżdża do mnie po 20 min. Okazuje się, że zaplanowaliśmy pierwszy nocleg w tym samym miejscu.
Na stacji klasyk – hot dog i herbata. Myję rower na myjni przed wniesieniem do hotelu, robię zakupy na jutro.
Pamiętacie jak pisałem, że hamulce zaczynają mi piszczeć? To już nie mam hamulców – z przodu klocki starłem do żywej blachy, z tyłu zostało mniej niż 1 mm. Błota kompletnie mi je wyszorowały. Oczywiście nie mam zapasu.
Zaczynam desperackie poszukiwania serwisów rowerowych. Ale kto mi otworzy w niedzielę? I tu z pomocą przyszło mi Biłgorajskie Stowarzyszenie Kolarzy, do których napisałem na Facebooku. Podali mi kontakt, do kogoś, kto może mi pomóc.
W hotelu jeszcze grzebię przy rowerze, próbuję przekładać klocki, ale i tak jest tragedia. Łapię doła, bo jeśli nie uda mi się jutro załatwić klocków, to będę musiał się wycofać. W tym stanie nie dam rady jechać dalej.
Ultra Race Roztocze 2025: Dzień 2
Wstaję dopiero o 7:00 – wiem, późno jak na ultramaraton, ale muszę poczekać na pomoc z klockami hamulcowymi. Lepiej ruszyć później niż w ogóle się wycofać. Na mapie widzę, że Bartek wyjechał już o 6:00.
187 km – Serwis
W tym miejscu ogromne podziękowania dla Pana, do którego dostałem kontakt – o 8 rano, w niedzielę, otworzył dla mnie swój prywatny serwis! Na szczęście miał pasujące klocki. Ratuje mi to cały wyścig. Mogę jechać dalej!
188 km – Lasy Biłgorajskie

Ze sprawnymi hamulcami wjeżdżam w las! Świeci słońce, robi się ciepło – w końcu jakieś 12 stopni. Jedzie się świetnie. Nie żałuję, że nie jechałem tędy po nocy – widoki są warte zobaczenia za dnia.
Tak dobrze mi się jedzie, że nie patrzę na nawigację i… jadę nie tędy co trzeba. Szybki nawrót wracam na trasę.
200 km – Nowa umiejętność
Pamiętacie o mojej zepsutej przerzutce? Po kilku próbach nauczyłem się zmieniać biegi butem bez zatrzymywania i schodzenia z roweru. Potrzeba matką wynalazków 😁
211 km – Spotkanie ze zwierzyną
Jadę przez las i nagle… na drogę wychodzi COŚ wielkiego. Zatrzymuję się – przy dzikich zwierzętach lepiej zachować dystans. Klaszczę w dłonie – zwierz zauważa mnie i zaczyna wycofywać się w las. To chyba była łania jelenia – ogromna, zupełnie inna niż wszechobecne sarny.

231 km – Pit-stop w Józefowie
Dojeżdżam do szkoły podstawowej, w której jest pit stop – pusto, tylko pani sprzątająca myje podłogę. Tego się nie spodziewałem, aż tak bardzo jestem z tyłu?
Ale jedzenie zostało – robię sobie kawę i wcinam ciepłą zupę. Biorę trochę ciastek na drogę, zostawiam niepotrzebne ubrania na przepaku i ruszam dalej.
232 km – Długa prosta
Z Józefowa prowadzi długa, prosta droga asfaltowa przez las – 10 kilometrów zaledwie z jednym zakrętem. Słońce wreszcie przyjemnie grzeje.
257 km – Burza i grad
Jadę przez las, gdy nagle zaczyna padać deszcz. Co mogę zrobić – nie bardzo mam się gdzie schować. Ulewa się wzmaga – trudno, muszę jechać, przynajmniej drzewa trochę tłumią opady.
Po chwili ulewa zamienia się w gradobicie. Lodowe kulki odbijają się od kasku – no nie, serio?
260 km – Wiata i bezowe miśki
Znajduję jakąś mikroskopijna wiatę z malutki daszkiem. Szybko zakładam kurtkę puchową żeby się nie wychłodzić. Sprawdzam radar pogodowy – burza ma przejść za 10 min, nie jest źle. Ale grad w maju?

Jedyne zdjęcie jakie mam z tego miejsca to jak wcinam bezowe miśki, które wziąłem z pit-stopu.
285 km – Pod wiatr
Ten odcinek pamiętam słabo. Jadę przez lasy i małe, opustoszałe wsie – żadnych sklepów, żadnych ludzi. Ciągle wieje pod wiatr, a ja jadę bezmyślnie za strzałką na nawigacji. Brakuje mi energii.

311 km – Horyniec-Zdrój
Jako tako dotoczyłem się pod Żabkę – nie mam już siły, ale do końca zostało już “tylko” 50 km. Siadam pod sklepem z kubkiem kawy. Może kofeina i 20 min przerwy jakoś postawi mnie na nogi.


320 km – Cerkiew w Nowym Bruśnie
Przejeżdżam obok pięknej, drewnianej cerkwi. W promieniach słońca wygląda pięknie.

Czuję, że kawa zaczyna działać.
321 km – Czas na podjazdy
Na sam koniec zostały dwa największe podjazdy na trasie. Szybko wciskam w siebie żel energetyczny.
Pierwszy podjazd przez las, źle nie było, tylko 0,6 km i 30 m w górę. Ale przed drugim musi wejść kolejny żel.

323 km – Podjazd nr 2
Drugi podjazd – 1,3 km i 73 m w górę – już trochę dłuższy, z większym nachyleniem w początkowej fazie. Ale przynajmniej mocno mnie pobudził. Do tego bardzo fajnie świeciło słońce w plecy. Po lewej mijam stary kamieniołom.

327 km – Zjazd przez las
Po podjazdach – zasłużone zjazdy. Długie, łagodne, trochę po asfalcie, trochę po szutrze. Bardzo przyjemne.

347 km – Roztoczańska zabudowa
Zostało tylko 10 km do mety. Jadę przez małe miejscowości z charakterystycznymi drewnianymi domkami. Wszystko wygląda pięknie w zachodzącym słońcu.
356 km – Ostatnia prosta

Wjeżdżam na ostatni odcinek – tą drogą jechałem wcześniej z dworca w Lubaczowie. Cały czas lekkie nachylenie – masakra!
357,3 km – Meta

Udało mi się! Dojechałem! Na mecie dostaję medal! Wyścig ukończyłem na 65 miejscu na 120 startujących. Aż 50 uczestników nie dotarło do mety.
Jem szybko obiad, ale nie zostaję dłużej – jestem potwornie wychłodzony i wracam jak najszybciej ogrzać się na noclegu.

Ultra Race Roztocze 2025 – moje wrażenia
To była świetna przygoda. Nawet teraz, pisząc ten tekst, wracają do mnie emocje, jakbym ukończył wyścig zaledwie chwilę temu. Mimo że dojechałem jako jeden z ostatnich, czuję ogromną dumę – że w ogóle spróbowałem swoich sił, że ukończyłem tak długi dystans i przetrwałem naprawdę trudne warunki pogodowe.

Pobiłem też swój rekord dystansu przejechanego w jeden dzień – 184 km (poprzedni to 167 km na trasie Gdynia – Hel – Gdynia).
Sprawdź moją wyprawę bikepackingową nad Bałtyk:
To doświadczenie było hipnotyzujące również dla głowy – przez dwa dni nie liczyło się nic poza jazdą. Ultra Race Roztocze, poza samym wyścigiem – był również próbą przesuwania własnych granic.
Chociaż drugiego dnia jechałem praktycznie cały czas sam, to pierwszego dnia – i jeszcze przed startem – poznałem wiele nowych, ciekawych osób. Mimo że był to mój debiut, atmosfera była na tyle przyjazna, że nie czułem się gorszy wśród bardziej doświadczonych zawodników.
Jak dla mnie organizacja imprezy była dobra – organizatorzy przygotowali porządny racebook pełen przydatnych informacji o trasie i niebezpiecznych miejscach, gdzie warto zachować więcej uwagi. Na starcie i mecie było sporo jedzenia i przekąsek. Na koniec mieliśmy zorganizowane miejsce do mycia rowerów oraz wzięcia prysznica.
A jeśli chcesz jeszcze dokładniej zobaczyć, jakie warunki były na trasie, to polecam relację Wagabudowego, który wygrał wyścig na dystansie 350 km. Nadal nie wiem jak on tak szybko przejechał przez te klejące błota 😅
To była moja pierwsza wizyta na Roztoczu i ten region w pełni mnie zachwycił – szczególnie rozległe tereny dzikiej przyrody i niemal całkowity brak zabudowań.

Wnioski do wyciągnięcia po pierwszym ultramaratonie
- Sprzęt ma znaczenie – brak zapasowych klocków hamulcowych kosztował mnie kilka godzin stresu. Warto mieć podstawowy zapas części, nawet kosztem kilku gramów więcej w torbie.
- Pogoda potrafi zaskoczyć – grad w maju? Burza w lesie? Na ultra trzeba być gotowym na wszystko – niezależnie od pory roku.
- Przygotowanie nie musi być perfekcyjne, żeby dać radę – nie byłem w życiowej formie, ale mimo wszystko ukończyłem trasę i jestem z tego dumny. Zwłaszcza, że wielu zawodników było w dużo lepszej formie niż ja – a jednak warunki ich pokonały.
- Roztocze to nie Małopolska – zaskoczyła mnie kleista, ciężka glina. Inny typ gleby, inne warunki. Taka mała lekcja geografii w praktyce.
Podsumowanie

Jeśli zastanawiasz się nad startem w ultramaratonie, to Ultra Race Roztocze jest według mnie świetnym wyborem na pierwszy raz: trasa nie jest przesadnie techniczna, widoki robią robotę, a atmosfera organizatorów i uczestników naprawdę motywuje. Ja już wiem, że to nie był mój ostatni ultra – i kto wie, może spotkamy się tam w kolejnej edycji? Termin wyścigu, czyli początek maja, to trochę loteria – pogoda może być jak w środku lata, lub jak pod koniec zimy. Ale wspomnienia – niezapomniane 😁
☕ A jeśli lubisz takie relacje i chcesz postawić mi wirtualną kawę – będzie mi bardzo miło! Jak widzisz kawa na ultramaratonie jest bardzo ważna – mnie uratowała aż 3 razy.



Tego się po prostu dobrze słucha wewnętrznie.To jeden z tych materiałów, które mimo prostoty wciągają. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Zapisuję stronę – za jakiś czas będę chciał tu wrócić, żeby poczytać nowe mam nadzieje równie dobre teksty.