Rowerem nad morze można dojechać na dwa sposoby – prosto lub pokrętnie. Jako że prosty dojazd z Krakowa na Hel miałem już za sobą, tym razem padło na tę drugą opcję: z Wrocławia nad Bałtyk, wykorzystując wyłącznie istniejące szlaki rowerowe. Tym sposobem, po blisko 1000 km przez Wielkopolskę i Pojezierze Zachodniopomorskie, dotarłem nad polskie wybrzeże. A przy okazji przetestowałem kilka mniej oczywistych szlaków rowerowych. Zobacz jak minęło mi 8 dni rowerowej podróży przez prawie całą Polskę.

Pomysł na trasę z Wrocławia nad morze

W przeciwieństwie do mojej pierwszej wyprawy z Krakowa nad Bałtyk, tym razem nie chciałem samodzielnie wyznaczać całej trasy od zera. Zamiast tego postanowiłem uprościć sobie planowanie i wykorzystać istniejące szlaki rowerowe, łącząc je w jedną długą trasę prowadzącą nad morze. 

Dzięki temu mogłem odwiedzić miejsca i przejechać odcinki, których prawdopodobnie sam bym nie wybrał. 

Przebieg trasy 

Trasa powstała z połączenia kilku długodystansowych szlaków rowerowych: EuroVelo 9, Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej, Trasy Rowerowej Pojezierzy Zachodnich, niemieckiego fragmentu szlaku Odra-Nysa oraz wschodniej części Szlaku Wokół Zalewu Szczecińskiego. Po drodze pojawiły się jeszcze fragmenty innych szlaków, które uzupełniały całą trasę lub wybieraliśmy je jako alternatywę: nadmorski szlak R10, TR10 powiatu szczecineckiego, Szlak Zachodniej Wielkopolski, Zaczarowane Pejzaże oraz Blue Velo.

Trasa w dużej mierze prowadziła po drogach asfaltowych – bocznych drogach o niskim natężeniu ruchu i sporej liczbie dróg rowerowych całkowicie oddzielonych od ruchu samochodowego.

Jednak akcent gravelowy tej trasy był bardzo wyraźny – spora część odcinków to drogi szutrowe, polne lub leśne. Jakość nawierzchni była zmienna – od głaciutkich szutrów premium, po głęboki piach – po którym musieliśmy prowadzić rowery. Niestety, północno-zachodnia Polska obfituje w piaszczyste gleby i takich dróg było niemało.

GPX się przydał?
Możesz w zamian postawić mi kawę!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

W tym wpisie znajdziesz relację z całej wyprawy dzień po dniu. Opowiadam nie tylko o samej trasie, ale też o niespodziankach i problemach po drodze, oraz miejscach, które najbardziej zapadły mi w pamięć. 

Jeśli natomiast szukasz bardziej technicznych informacji o poszczególnych szlakach rowerowych, znajdziesz je w osobnych wpisach, które będę aktualizował poniżej.

Dojazd do Wrocławia 

Do Wrocławia przyjechaliśmy pociągiem intercity z Krakowa w nieco ponad 3 godziny. 

Dzień 1: Wrocław – Gostyń (137 km)

Pierwszy dzień wyprawy zaczynamy na dworcu we Wrocławiu. Szybka kawa i ruszamy w drogę. Zaledwie na 2 km, w Parku Słowackiego, widzimy oznaczenia szlaku EuroVelo 9, którym będziemy podążać przez kolejne dwa dni.

W ogóle to zachwyciły mnie drogi rowerowe we Wrocławiu: jest ich pełno i logicznie łączą się w całość. Ścieżka nie kończy się nagle, zostawiając nas na środku skrzyżowania “i co dalej? mam się teleportować?” (patrz Kraków!). Tutaj drogi mają ciągłość i płynnie łączą się z innymi drogami lub dobrze pokazują, gdzie należy jechać dalej.

Już po kilku kilometrach lądujemy na wałach wzdłuż Starej Odry. Świetne trasy.

Przełęcz Prababka

Na 31 km, wspinamy się na legendarną przełęcz Prababka, na wysokości 210 m n.p.m (swoją drogą na takiej wysokości mieszkam w Krakowie 😛) Na szczęście wyjeżdżaliśmy od drugiej, tej mniej stromej strony. Ale ciii… nikt nie musi o tym wiedzieć 😉

Dolina Baryczy

Pierwszą większą atrakcją przyrodniczą na trasie jest Park Krajobrazowy Dolina Baryczy. Wjeżdżamy w leśne tereny. Droga miejscami jest trochę piaszczysta, więc trzeba uważać. 

Jest też i ona – rzeka Barycz, którą przekraczamy po małej zaporze.

Rezerwat Stawy Milickie

Kolejny naturalny punkt na naszej trasie to stawy w Rudzie Sułowskiej, na terenie Rezerwatu Stawów Milickich. Nie są to te główne, najpopularniejsze stawy w okolicach Milicza, ale nadal przyroda otacza nas dookoła. Jedziemy groblą, mając wodę po obu stronach drogi.

Kilka kilometrów dalej, w Grabówce, zatrzymujemy się na obiad. Jazda pod wiatr dzisiaj tak męczy, że taka przerwa jest konieczna.

Po drodze trafiamy nawet na jakiś wyścig szosowy – mijamy kilkunastu zawodników z numerami startowymi, a w jednym miejscu jest nawet punkt pomiaru czasu z czujnikami.

Dalsza trasa to naprzemienne spokojne drogi, ścieżki rowerowe lub dobre drogi szutrowe. Z widokiem zachodzącego słońca liczymy każdy kilometr, żeby jak najszybciej dostać się do Gostynia i odpocząć po całodziennej jeździe pod wiatr.

W końcu jest Gostyń. Jeszcze tylko podążamy za trasą na wzgórze, gdzie stoi bazylika Klasztoru Filipinów na Świętej Górze (moi ludzie 😄)

Jazda pod wiatr kompletnie nas wymęczyła. Sam dystans był spory, ale ten ciągły opór przed nami zmęczył bardziej niż dzień pełen podjazdów. 

Dzień 2: Gostyń – Poznań (90 km)

Zaczynamy kolejny dzień. W nocy trochę popadało, więc poranek jest nieco chłodniejszy. Powoli toczymy się w kierunku Poznania, ciągle męcząc się pod wiatr. 

Przez brak sił korzystamy z każdej nadarzającej się okazji do zrobienia przerwy. Tu kuszą nas wiaty nad jeziorem Żelazno, a później jeziorem Zbęchy

Jest tak pod wiatr, że już chyba bardziej się nie da! A fakt, że jedziemy po płaskich, otwartych przestrzeniach, tym bardziej nie pomaga. Przynajmniej jest pochmurno i słońce tak nie parzy. 

Za to trasa obfituje w bardzo dobre drogi rowerowe. 

Pamiętaj, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!