Rowerem nad morze można dojechać na dwa sposoby – prosto lub pokrętnie. Jako że prosty dojazd z Krakowa na Hel miałem już za sobą, tym razem padło na tę drugą opcję: z Wrocławia nad Bałtyk, wykorzystując wyłącznie istniejące szlaki rowerowe. Tym sposobem, po blisko 1000 km przez Wielkopolskę i Pojezierze Zachodniopomorskie, dotarłem nad polskie wybrzeże. A przy okazji przetestowałem kilka mniej oczywistych szlaków rowerowych. Zobacz jak minęło mi 8 dni rowerowej podróży przez prawie całą Polskę.
Pomysł na trasę z Wrocławia nad morze
W przeciwieństwie do mojej pierwszej wyprawy z Krakowa nad Bałtyk, tym razem nie chciałem samodzielnie wyznaczać całej trasy od zera. Zamiast tego postanowiłem uprościć sobie planowanie i wykorzystać istniejące szlaki rowerowe, łącząc je w jedną długą trasę prowadzącą nad morze.

Dzięki temu mogłem odwiedzić miejsca i przejechać odcinki, których prawdopodobnie sam bym nie wybrał.
Przebieg trasy
Trasa powstała z połączenia kilku długodystansowych szlaków rowerowych: EuroVelo 9, Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej, Trasy Rowerowej Pojezierzy Zachodnich, niemieckiego fragmentu szlaku Odra-Nysa oraz wschodniej części Szlaku Wokół Zalewu Szczecińskiego. Po drodze pojawiły się jeszcze fragmenty innych szlaków, które uzupełniały całą trasę lub wybieraliśmy je jako alternatywę: nadmorski szlak R10, TR10 powiatu szczecineckiego, Szlak Zachodniej Wielkopolski, Zaczarowane Pejzaże oraz Blue Velo.
Trasa w dużej mierze prowadziła po drogach asfaltowych – bocznych drogach o niskim natężeniu ruchu i sporej liczbie dróg rowerowych całkowicie oddzielonych od ruchu samochodowego.

Jednak akcent gravelowy tej trasy był bardzo wyraźny – spora część odcinków to drogi szutrowe, polne lub leśne. Jakość nawierzchni była zmienna – od głaciutkich szutrów premium, po głęboki piach – po którym musieliśmy prowadzić rowery. Niestety, północno-zachodnia Polska obfituje w piaszczyste gleby i takich dróg było niemało.

W tym wpisie znajdziesz relację z całej wyprawy dzień po dniu. Opowiadam nie tylko o samej trasie, ale też o niespodziankach i problemach po drodze, oraz miejscach, które najbardziej zapadły mi w pamięć.
Jeśli natomiast szukasz bardziej technicznych informacji o poszczególnych szlakach rowerowych, znajdziesz je w osobnych wpisach, które będę aktualizował poniżej.
Dojazd do Wrocławia
Do Wrocławia przyjechaliśmy pociągiem intercity z Krakowa w nieco ponad 3 godziny.
Dzień 1: Wrocław – Gostyń (137 km)
Pierwszy dzień wyprawy zaczynamy na dworcu we Wrocławiu. Szybka kawa i ruszamy w drogę. Zaledwie na 2 km, w Parku Słowackiego, widzimy oznaczenia szlaku EuroVelo 9, którym będziemy podążać przez kolejne dwa dni.

W ogóle to zachwyciły mnie drogi rowerowe we Wrocławiu: jest ich pełno i logicznie łączą się w całość. Ścieżka nie kończy się nagle, zostawiając nas na środku skrzyżowania “i co dalej? mam się teleportować?” (patrz Kraków!). Tutaj drogi mają ciągłość i płynnie łączą się z innymi drogami lub dobrze pokazują, gdzie należy jechać dalej.

Już po kilku kilometrach lądujemy na wałach wzdłuż Starej Odry. Świetne trasy.


Przełęcz Prababka
Na 31 km, wspinamy się na legendarną przełęcz Prababka, na wysokości 210 m n.p.m (swoją drogą na takiej wysokości mieszkam w Krakowie 😛) Na szczęście wyjeżdżaliśmy od drugiej, tej mniej stromej strony. Ale ciii… nikt nie musi o tym wiedzieć 😉


Dolina Baryczy
Pierwszą większą atrakcją przyrodniczą na trasie jest Park Krajobrazowy Dolina Baryczy. Wjeżdżamy w leśne tereny. Droga miejscami jest trochę piaszczysta, więc trzeba uważać.



Jest też i ona – rzeka Barycz, którą przekraczamy po małej zaporze.

Rezerwat Stawy Milickie
Kolejny naturalny punkt na naszej trasie to stawy w Rudzie Sułowskiej, na terenie Rezerwatu Stawów Milickich. Nie są to te główne, najpopularniejsze stawy w okolicach Milicza, ale nadal przyroda otacza nas dookoła. Jedziemy groblą, mając wodę po obu stronach drogi.



Kilka kilometrów dalej, w Grabówce, zatrzymujemy się na obiad. Jazda pod wiatr dzisiaj tak męczy, że taka przerwa jest konieczna.
Po drodze trafiamy nawet na jakiś wyścig szosowy – mijamy kilkunastu zawodników z numerami startowymi, a w jednym miejscu jest nawet punkt pomiaru czasu z czujnikami.
Dalsza trasa to naprzemienne spokojne drogi, ścieżki rowerowe lub dobre drogi szutrowe. Z widokiem zachodzącego słońca liczymy każdy kilometr, żeby jak najszybciej dostać się do Gostynia i odpocząć po całodziennej jeździe pod wiatr.


W końcu jest Gostyń. Jeszcze tylko podążamy za trasą na wzgórze, gdzie stoi bazylika Klasztoru Filipinów na Świętej Górze (moi ludzie 😄)

Jazda pod wiatr kompletnie nas wymęczyła. Sam dystans był spory, ale ten ciągły opór przed nami zmęczył bardziej niż dzień pełen podjazdów.
Dzień 2: Gostyń – Poznań (90 km)
Zaczynamy kolejny dzień. W nocy trochę popadało, więc poranek jest nieco chłodniejszy. Powoli toczymy się w kierunku Poznania, ciągle męcząc się pod wiatr.

Przez brak sił korzystamy z każdej nadarzającej się okazji do zrobienia przerwy. Tu kuszą nas wiaty nad jeziorem Żelazno, a później jeziorem Zbęchy.

Jest tak pod wiatr, że już chyba bardziej się nie da! A fakt, że jedziemy po płaskich, otwartych przestrzeniach, tym bardziej nie pomaga. Przynajmniej jest pochmurno i słońce tak nie parzy.
Za to trasa obfituje w bardzo dobre drogi rowerowe.

Pamiętaj, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!

Wjazd do Poznania
Do miasta prowadzą bardzo dobre drogi rowerowe – szerokie i oznakowane. Cały czas jedziemy szlakiem EuroVelo 9. Dopiero niedaleko centrum opuszczamy jego przebieg i odbijamy w stronę Starego Miasta.


Poznańska Malta
Przekraczamy Wartę i jedziemy nad Jezioro Maltańskie. Dookoła prowadzi droga rowerowa, miejscami przechodząca w ciąg pieszo-rowerowy.


Jezioro Maltańskie to sztuczny zalew, przystosowany do wyścigów wioślarskich. Ale na sportach wodnych to się nie kończy! Jest tu nawet stok narciarski! W Poznaniu!

Po okrążeniu jeziora przejeżdżamy przez Ostrów Tumski, czyli wyspę na Warcie, i kierujemy się na Stary Rynek. Na szczęście już memiczny remont rynku dawno się zakończył i możemy zwiedzać go swobodnie. Nocleg mamy w jednej z kamienic niedaleko , więc mamy blisko do zwiedzania.

Sam rynek jest pełen kolorowych i zadbanych kamienic, z ratuszem pośrodku. Niestety przyjechaliśmy zbyt późno, żeby zobaczyć trykające koziołki na wieży zegarowej.


Będąc w Poznaniu, nie sposób nie spróbować rogala świętomarcińskiego. Znaleźliśmy piekarnię posiadającą certyfikat potwierdzający, że pieczone tu rogale są prawdziwe i zgodne z recepturą. Polecam wspierać takie miejsca! Mieszkając w Krakowie, mam już dość wszelkich rogali marcińskich/marcinkowskich/poznańskich czy innych podróbek, które próbują obejść te przepisy.


Chociaż to był najkrótszy odcinek naszej wyprawy, to jazda pod silny wiatr była mega męcząca. Dlatego z nadzieją patrzymy na prognozę pogody na kolejne dni, która zapowiada osłabienie wiatru.
Dzień 3: Poznań – Piła (125 km)
Faktycznie wiatr jakby zelżał. A wyjazd z Poznania okazał się bardzo przyjemny: najpierw drogami rowerowymi przez zielone tereny Parku Sołackiego, a następnie wzdłuż Jeziora Rusałka i Jeziora Strzeszyńskiego. Przed chwilą byliśmy w środku miasta, a nagle teleportowaliśmy się do lasu!




Zbawcza kawa w Szamotułach
W Szamotułach zatrzymujemy się na przerwę – ja szukam kawiarni, bo właśnie wybiła moja godzina drugiej kawki.
Zamawiam espresso i… do dziś nie mam pewności, czy to, czym je posłodziłem, faktycznie było cukrem, ale… zadziałało.
Po tej kawie po raz pierwszy podczas całego wyjazdu poczułem przypływ energii. Nagle zniknęły wszystkie bóle i zmęczenie. Mimo że miałem już na liczniku 40 km, to od tego momentu jechałem jak rakieta.
Od Szamotuł przez długi czas jedziemy bardzo dobrą drogą rowerową. Kolejny raz jestem pozytywnie zaskoczony jakością infrastruktury w Wielkopolsce – jeszcze kilka lat temu tak tu nie było.

Czarnków i zmiana planów
W Czarnkowie zmieniamy trasę – dla skrócenia odpuszczamy Transwielkopolską Trasę Rowerową i jedziemy bezpośrednio do Piły po lewej stronie Noteci. Pierwsze kilometry tej drogi są dość ruchliwe, ale im dalej od miasta, tym jest spokojniej. Naszą trasą jest teraz dluuuuuuga asfaltowa prosta ciągnąca się przez las.

Po drodze zawitaliśmy do Śmieszkowa, hehe!

Noteć, Gwda i prawie Piła
W Ujściu przekraczamy Noteć, by po chwili skierować się w stronę jej prawego dopływu – Gwdy. Rzekę zasłaniają nam ogromne pola kukurydzy, ale im bliżej Piły, tym więcej mamy okazji zobaczyć ten hydrologiczny twór o uciążliwej do wypowiedzenia nazwie.




W końcu dojeżdżamy do Piły. W mieście jest sporo dróg rowerowych, więc bardzo sprawnie dostajemy się do noclegu. Dzisiaj robiliśmy sobie tyle przerw na trasie, że na zwiedzanie miasta nie mamy już czasu. Nawet nie idziemy szukać jedzenia, tylko zamawiamy pizze do noclegu. Profity bikepackingu po Polsce – pyszne.pl lub Glovo działają wszędzie.

Dzień 4: Piła – Borne Sulinowo (122 km)
Dzień zaczynamy od wizyty w piekarni, a później małej wycieczki w kierunku centrum Piły – na wsypę na Gwdzie. Cała wyspa to bardzo ładny park z ławeczkami, ścieżkami i masą zieleni. Bardzo przyjemne miejsce na poranną kawę.


Po śniadaniu wracamy na Transwielkopolską Trasę Rowerową. Wyjazd z miasta jest przyjemny, cały czas po drodze rowerowej, aż po wąską dróżkę przez las.

Po 14 km z asfaltów skręcamy w leśne drogi, które są na tyle dobrze ubite, że sunie się po nich lepiej niż po asfalcie. #szutrypremium




A pomiędzy lasami wyjeżdżamy na wielkie, otwarte przestrzenie z polami po horyzont. I tak te widoki się dzisiaj przeplatają.

Później trasa prowadzi nas wokół jeziora Grudniańskiego. Leśna ścieżka biegnie tuż przy samym brzegu jeziora, czasem prawie na poziomie wody, a czasem na wyższej skarpie. To trochę terenowy odcinek.


Osaczeni przez poligony w Okonku
Tutaj uzupełniamy zapasy wody i… zaczynają się problemy.
Jedziemy drogą, którą chcieliśmy skrócić dzisiejszą trasę, a tu znak: UWAGA! Teren wojskowy. No fakt, był tu poligon, ale przecież jest nieczynny. Zakazu wejścia nie ma, ale stoi ostrzeżenie, że mogą nas zastrzelić. No nic, to wracamy na oficjalną trasę.
Po powrocie na Transwielkopolski Szlak kierujemy się do Rezerwatu Przyrody Wrzosowiska w Okonku. No chyba do takiego obiektu naturalnego będzie dostęp.
Zapuszczamy się kawałek w las i znowu – teren wojskowy. Jeszcze znaki są tak krzywo postawione; nie wiadomo, czy chodzi o teren dookoła drogi, czy o samą drogę też. Znowu: niby zakazu wstępu nie ma, ale zgodnie z prawem możemy dostać kulkę.
Dzwonię do nadleśnictwa i urzędu miasta, ale jest już po 17 i nikt nie odbiera. Wracamy do centrum miasta. Po drodze, w akcie desperacji, idę na komisariat policji – jedynej jeszcze czynnej instytucji w mieście. Policja nie ma żadnej informacji od wojska na ten temat. Trudno, szukamy objazdu.
Objazd poligonu przez pola i lasy
Jedziemy na wschód, najpierw drogą asfaltową, a później polnymi drogami. 6 km naprzemiennie po piachu lub kamieniach. No to już nie są szutry premium. Teren jest pofalowany, więc ze szczytów tych małych pagórków mamy piękny widok na okolice. Ale to nie wynagradza uciążliwości jazdy po tym terenie.



Nieprzejezdny szlak rowerowy
W Dzikach wyjeżdżamy na rowerowy szlak TR10 powiatu szczecineckiego. Myślałem, że skoro to oficjalny szlak rowerowy z mapy, to będzie w porządku. Nic z tych rzeczy! Sam piach i kocie łby! Bardzo popieram rozwój turystyki rowerowej, ale jak ktoś wyznacza szlak po takich drogach i uważa, że będzie w porządku, to już lepiej, żeby żadnego szlaku nie było.

Prowadzimy rowery po piachu. Dopiero w lesie droga robi się nieco bardziej utwardzona. Do momentu, aż nie trafiamy na obniżenie terenu z błotem i kałużami.
Po tych ciężkich przeprawach dojeżdżamy do punktu, gdzie nasza trasa powinna łączyć się ze Szlakiem Rowerowym Pojezierzy Zachodniopomorskich i…. naszym oczom ukazuje się piękna, asfaltowa, porządnie oznakowana droga rowerowa! Jest jakość!

I taką właśnie przyjemną drogą dojeżdżamy do Bornego Sulinowa!

Warto wspomnieć, że pierwotnie to miejsce było jednostką wojskową, a dopiero w 1993 r. administracyjnie stało się miastem. Tak więc bloki mieszkalne mieszają się z dawnymi, powojskowymi budynkami. Wszędzie są ślady wojska, ale dojeżdżamy tu zbyt późno, żeby cokolwiek pozwiedzać. Dzisiejsza trasę mieliśmy skrócić do 90 km, a przez omijanie poligonów wyszło 120 km, czyli tak jak zakładał pierwotny plan.
W Bornem Sulinowie już prawie wszystko jest zamknięte, więc ratuje nas budka z kebabem otwarta do 22.30.
Ciężki to był dzień – chcieliśmy trochę odpocząć skracając oryginalną trasę, ale omijanie poligonów po polnych drogach nas wykończyło.
Zobacz, co zabieram ze sobą na wyprawy rowerowe – szczegóły o moim ekwipunku znajdziesz na stronie Mój sprzęt.
Dzień 5: Borne Sulinowo – Ińsko (100 km)
Po przebojach z poprzedniego dnia pora na coś spokojniejszego. Dzisiejsza trasa wydaje się łatwa, bo nie dość, że jedziemy na zachód – w końcu nie pod wiatr – to w pełni podążamy Rowerowym Szlakiem Pojezierzy Zachodnich. Trasa ta powstała na dawnym nasypie kolejowym, więc jest to fajna, prosta i płaska linia przez las.

Tak właśnie mijają nam pierwsze kilometry.


W Czaplinku zatrzymujemy się na przerwę nad jeziorem Drawsko – jest to drugie pod względem głębokości jezioro w Polsce. I na kawce z Orlenu. Jezioro jest spore i robi wrażenie swoją wielkością. Przez nieregularny kształt i liczne zatoki trudno nawet objąć wzrokiem jego pełny rozmiar.



A wzdłuż brzegu jeziora prowadzi bardzo dobrze zorganizowana ścieżka.

Za Drawskiem Pomorskim czeka nas meeega długi odcinek przez las. W cieniu drzew jest przyjemnie chłodno i nawet nie ma za dużo piachu na drodze. Znów trafiła się piękna trasa w otoczeniu natury.





Pierwsza awaria
Przed Choszcznem, na tej pięknej ścieżce rowerowej, w pewnym momencie chcę zmienić przerzutkę i… słyszę trzask!

Łańcuch jak był na małej tarczy, tak jest dalej.
Myślę: O nie! – pękła linka! Albo co gorsza – coś w manetce się rozpadło.
W Choszcznie objeżdżam serwisy rowerowe, ale po 17 wszystko jest zamknięte. W sklepie budowlanym dorwałem tylko linkę przerzutki.
Trudno, jutro mamy dzień przerwy, więc wtedy będę się tym bawił. Teraz tylko trzeba dotoczyć się do noclegu. A przerzutkę będę zmieniał nogą – swoją drogą nie pierwszy raz 😄 Podobną awarię miałem na moim pierwszym Ultra Race Roztocze 2025.
Na trasie mieliśmy jeszcze kilka małych przygód, ale już do samego Ińska dojechaliśmy porządną drogą rowerową.


Dzień przerwy w Ińsku
Pora na odpoczynek. Pogrzebałem trochę przy rowerze i udało mi się uruchomić zepsutą przerzutkę. Nadal pracowała z oporem, ale przynajmniej zmienia biegi. Do końca wyprawy jakoś się dotoczę, a później oddam rower do serwisu.
Resztę dnia spędzamy nad Jeziorem Ińsko. Nad wodą, w cieniu drzew jest przyjemnie chłodno.

Dno jeziora jest piaszczyste, z licznymi kamyczkami porośniętymi glonami. Ale da się znaleźć kilka czystszych miejsc, gdzie bez problemu można wejść do wody.


Wchodzimy też na wieżę widokową (a dokładniej – wjeżdżamy windą. Trzeba dać nogom odpocząć 😅)

Dzień 6: Ińsko – Myślibórz (110 km)
Po dniu przerwy 100 km trasa do Myśliborza miała być lekkim odcinkiem transferowym. Rano rzeczywistość okazała się zgoła inna, kiedy dopadły mnie problemy żołądkowe 💩
Zamiast do piekarni, dzień zacząłem od wycieczki do apteki. Na szczęście leki pomogły.
Kolega Rafał wyjechał na trasę dużo wcześniej, a moje problemy opóźniły mój wyjazd, przez co przez większość dnia jadę sam.

A trasa mija mi po drogach rowerowych szlaku Pojezierzy Zachodniopomorskich. Ścieżki są mega gładkie i widać, że są nowe. Na niektórych odcinkach asfalt już jest, ale jeszcze nieoznakowany; na innych budowa wciąż trwa. Brawo Pomorze Zachodnie, to mi się podoba!


Znalazłem też dowody na to, że szlak faktycznie poprowadzony jest po nasypie dawnej linii kolejowej – tam gdzie droga jest budowana, z asfaltu wystają jeszcze odkryte fragmenty szyn. Do tego, co jakiś czas, mijam budynki, które kiedyś były stacjami kolejowymi. Pewnie te domy są już w rękach prywatnych, ale fajnie, że wciąż są na nich napisy z nazwami stacji, a droga rowerowa przebiega równo ze starym peronem.

Na 48 km robię przerwę w Choszcznie, nad jeziorem Klukom. Bardzo ładne jeziorko, z deptakiem dookoła.

Kolejnym przystankiem jest Barlinek i jezioro Barlineckie. Tu po raz pierwszy na tej wyprawie łapie mnie deszcz.

Doganiam Rafała, który pod jedną z wiat na trasie przeczekiwał deszcz. Razem ruszamy w kierunku Myśliborza.
Po drodze, na jednym z pól, zobaczyłem żurawie! Pierwszy raz w życiu!

Do Myśliborza dojeżdżamy bez problemu, fajnymi drogami z dala od ruchu samochodowego.


A Myślibórz to całkiem ładne miasteczko, chociaż malutkie i o 19 życie tutaj zamiera. Idziemy nad jezioro Myśliborskie, na którym jest mała wyspa, na którą można dojść pomostem.

Dobrze, że dzisiejsza trasa była taka przystępna – dzięki temu mogłem ja całkiem sprawnie przejechać mimo moich problemów zdrowotnych. Na szczęście wieczorem czułem się lepiej. I dobrze, bo kolejnego dnia czekał mnie najdłuższy dystans tej wyprawy.
Dzień 7: Myślibórz – Szczecin (179 km)
To ten dzień! Najdłuższy odcinek naszego wyjazdu!
Po opuszczeniu Myśliborza prawie cały czas jedziemy drogą rowerową w tunelu drzew lub pośród ogromnych pól.



Czasami zamiast drogi rowerowej trafia się zwykła, asfaltowa droga, i to jest najgorszy fragment, bo drogi tutaj są tak połatane, że stają się jeszcze bardziej nierówne i wyboiste niż gdyby zostały w nich wszystkie dziury.

Znów mijamy kilka dawnych stacji kolejowych po nieistniejącej już linii kolejowej.




Na 45 km rozdzielamy się. Ja jadę dalej, w kierunku naszej zachodniej granicy, a Rafał bierze pociąg. Też rozważałem tę opcję, ale nawet dobrze mi się jedzie – mam na trasie jeszcze kilka innych punktów, gdzie mogę skręcić na pociąg i skrócić dystans.
I tak mi mijają kilometry w leśnym otoczeniu. Ruch na tym szlaku prawie nie istnieje. Dlatego pozwalam sobie na puszczenie muzyki z telefonu i śpiewam po drodze 😁

I tu śmieszna historia. Jadę w gęstym tunelu krzaków i nagle z mojej prawej z zarośli wyleciał mały ptak i we mnie uderzył. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony: ja czy on. Puchata kulka odbiła się od mojego barku i poleciała gdzieś dalej.
Dojeżdżam do granicy z Niemcami. Za chwilę moja podróż nabierze wymiaru międzynarodowego 🙂

Dojeżdżam do kładki pieszo-rowerowej nad Odrą w Siekierkach. Rozlewisko rzeki jest tu ogromne, to też i most jest mega długi.




Witam w Niemczech
Tutaj kończy się szlak Pojezierzy Zachodniopomorskich, a ja włączam się na drogę rowerową szlaku Odra-Nysa. Asfaltowa droga poprowadzona koroną wałów przeciwpowodziowych – jak nasza rodzima Wiślana Trasa Rowerowa czy VeloDunajec.

Pierwsze kilometry jadę pod mega silny wiatr. Męczarnia! Jedyną moją nadzieją jest to, że za 10 km trasa zmieni kierunek i wiatr od frontu zamieni się w wiatr boczny.
Po drodze kończy mi się woda, a na trasie sklepów jest niewiele. Postanawiam zaryzykować i spróbować Trupianki – czyli wody z kranu na cmentarzu. Teoretycznie to ta sama linia wodociągowa, co normalna woda pitna, więc powinno być ok 😀

Po drodze na wałach pasą się owieczki. Tutaj moje słowa na nic się zdadzą, po prostu zostawię tu trochę zdjęć z trasy. Na 110 km robię przerwę na kawę i trochę odpoczywam nad brzegiem Odry.





Widać, że barierkoza nie jest domeną jedynie polskich szlaków rowerowych.

Im bliżej Szczecina, tym bardziej zbliżam się do powrotu do Polski. W pewnym momencie jadę idealnie wzdłuż polsko-niemieckiej granicy. Jedną nogą jestem już prawie w domu.

Tyle że ten fragment jest mega pofalowany. Ale przynajmniej prędkość zgromadzona na jednym zjeździe pozwala mi prawie bez wysiłku wjechać na drugi. Ale ile tych fal tutaj.

Powrót do Polski
Przekraczam granicę. Zostało już tylko 20 km do Szczecina. Do samego centrum miasta jadę po drogach rowerowych lub wyznaczonych pasach rowerowych na jezdni. Piękna organizacja ruchu!


Jestem w centrum Szczecina, a na liczniku wybiło mi już 170 km. Po takiej trasie pora na dobry obiad 😀

Gdy burger i frytki zniknęły już z mojego talerza, ruszyliśmy (razem z Rafałem, który dołączył do mnie w centrum) w kierunku Odry i Wałów Chrobrego. Po drugiej stronie widać piękny budynek Morskiego Centrum Nauki w kształcie statku. Do noclegu mamy jeszcze 10 km. Jedziemy szlakiem Blue Velo, cały czas drogami rowerowymi.





Dzień kończę z wynikiem prawie 180 km na liczniku.
Piękny to był dzień. Trasa może i była momentami monotonna – przez długie kilometry prowadziła jedną prostą wzdłuż Odry – ale jechało się nią wyjątkowo przyjemnie. Dobrze utrzymane, logicznie poprowadzone i oznakowane drogi rowerowe, zarówno po niemieckiej, jak i polskiej stronie, sprawiały, że mogłem po prostu cieszyć się jazdą.
Przez cały wyjazd czekałem właśnie na ten etap i cieszę się, że udało mi się go przejechać bez większych problemów. Teraz pora na odpoczynek. Jutro ostatni etap wyprawy i w końcu zobaczymy morze!
Dzień 8: Szczecin – Wisełka (110 km)
Ostatni długi odcinek tego wyjazdu. Jesteśmy z dala od centrum, więc wyjazd ze Szczecina nie zajmuje nam wiele czasu. Ale zanim to – najpierw jest Żabka i kawa.

Po kilku kilometrach wjeżdżamy na szlak, który będzie nas prowadził tego dnia: Szlak Wokół Zalewu Szczecińskiego.

Na początek objeżdżamy jezioro Dąbie. Trasa to prawie cały czas szutrowa droga, często przy samym brzegu jeziora. I nie byle jaka droga, ale dobrze ubity, drobny szuter premium. Jedzie się super.




Taka sama droga prowadzi wokół samego Zalewu Szczecińskiego.




Żeby nie było, że jest monotonnie – po drodze czasami skręcamy w las!


W Stepnicy wchodzimy na małą wieżę widokową. Już prawie jest jak nad morzem, ale to jeszcze nie morze 🙂


Bikepacking bikepackingiem, ale Grand Prix Belgii F1🏎️ samo się nie obejrzy 😁 (Po pierwszym okrążeniu pojechaliśmy dalej 😀)

Wjeżdżamy na wyspę Wolin! Tyle o tym miejscu słyszałem (najwięcej na geografii w szkole), Fajnie jest w końcu je odwiedzić.

A w mieście Wolin zatrzymujemy się jeszcze na kawę i jedzenie. Wyczucie czasu mamy idealne, bo akurat zaczyna padać. I tak sobie przeczekujemy deszcz.
Po wyjeździe z Wolina odpuszczamy już sobie Szlak Wokół Zalewu Szczecińskiego i jedziemy jak najkrótszą drogą do Wisełki. Kałuże po drodze wskazują, że faktycznie udało nam się przeczekać najgorszy deszcz przy kawce. I tak jedziemy sobie dalej, mijając po drodze pola lawendy.

Jedziemy też przez Woliński Park Narodowy – piękny las. Od razu widać, że jest bardziej dziki niż typowe, gospodarcze lasy, przez które jechaliśmy do tej pory.

Docieramy do Wisełki. Jesteśmy już prawie nad morzem! Jedziemy drogą przez las na plażę, a morza nadal nie widać. Ta droga ciągnie się i ciągnie. Co prawda to tylko 1,5 km, ale przez tak duży dystans do plaży to miejsce jest mało popularne i jest tu zdecydowanie luźniej.
W końcu zza drzew pojawia się ten widok! Jesteśmy nad Bałtykiem!

Udało się! Po raz drugi w życiu przejechałem “prawie” całą Polskę i dotarłem nad morze!

Nie mogłem sobie odmówić zdjęcia na plaży.

Chciaż wiązało się to z późniejszym wypychaniem roweru z piasku 😀

Po tej krótkiej sesji zdjęciowej odstawiamy rowery na noclegu. Teraz rybka, pływanie w morzu i dzień odpoczynku.



Dzień przerwy nad morzem
Jaka może być pogoda nad polskim morzem? Oczywiście, że beznadziejna! Nasz wolny dzień przypada wiatr, ulewy i chłód. Mimo wszystko poszliśmy na plażę, ale totalnie przemokliśmy wracając. Do tego jest tak zimno, że cały czas siedzę w kurtce puchowej. Jednak warto ją było zabrać 😀 Miejmy nadzieję, że jeszcze jutro pogoda się poprawi.



Dzień 9: Wisełka – Międzyzdroje (26 km)
Ostatni dzień jazdy na rowerze. Nie myślałem, że to powiem, ale trochę się nawet cieszę. Zmęczenie z wyjazdu robi swoje.
Jeszcze przed wyjazdem idziemy na plażę i popływać w morzu. W tak małej miejscowości przed 8 rano plaża jest totalnie pusta. Byłem przyzwyczajony do tych popularnych nadmorskich kurortów, więc jest to dla mnie dość nietypowy widok.

Po wysuszeniu i spakowaniu się wyjeżdżamy z Wisełki w kierunku Warnowa. Po drodze mijamy wielką tuję, czyli żywotnik olbrzymi.


A w Warnowie skręcamy na szlak R10 w kierunku Międzyzdrojów. Bardzo fajny odcinek przez las, ale mocno pofalowany z podjazdami.

Przejeżdżamy przez Woliński Park Narodowy – normalnie trzeba kupić bilety wstępu, ale jeśli tylko jedziemy przez niego “transferowo” w ramach szlaku R10, wtedy nie jest to wymagane.

Dojeżdżamy do Międzyzdrojów!
Docieramy pod Molo i…. masakra! W porównaniu z cichą i spokojną Wisełką tutaj jest jak w ulu! Tłumy ludzi! Ja sobie molo odpuszczam i jadę prosto na plażę.

I tak sobie jadę szlakiem R10. I ten mały fragment wystarczający ugruntował moje przekonanie, że nie warto jechać tej trasy w sezonie. Jest zbyt tłoczno.
Dzisiaj pogoda dopisuje, więc całe popołudnie spędzamy w trybie plażowym.



Oczywiście czym byłby pobyt nad morzem bez loda i gofrów?

O 22 wsiadamy w nasz pociąg powrotny do Krakowa. Czekając na peronie, dopadły nas chmary komarów. Normalnie nie dało się ustać w miejscu, a spraye odstraszające nic nie dawały. Spodziewałem się takich problemów nad jeziorami, ale nie przy samym morzu!

Noc w pociągu do przyjemnych nie należała. Ale mam jeszcze kilka dni urlopu, więc odeśpię sobie w domu. Dobrze, że po tak nieprzespanej nocy nie czeka mnie żadna dłuższa trasa na rowerze.
Podsumowanie
Dojazd nad morze na rowerze zawsze jest bardzo emocjonujący. W końcu o własnych siłach docieramy na sam koniec kraju. I to dosłownie – tam, gdzie kończy się ląd, a nie tylko kreska na mapie. Całą wyprawę wspominam bardzo dobrze – poza pierwszymi dwoma dniami, kiedy jazda pod wiatr mocno dała nam w kość, reszta trasy przebiegła sprawnie i bez większych problemów.

Największym pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie Szlak Rowerowy Pojezierzy Zachodnich. Widać, że Pomorze Zachodnie naprawdę dba o rozwój tej trasy i wiele odcinków jest całkiem nowych, a sam szlak prowadzi przez ogromne obszary lasów i jezior. Szlak Odra–Nysa to typowa trasa po wałach przeciwpowodziowych wzdłuż rzeki, ale co jakiś czas odbija w las, dzięki czemu nie jest aż tak jednostajna. Na koniec Szlak Wokół Zalewu Szczecińskiego okazał się prawdziwym szutrowym złotem, z idealnie gładkimi drogami biegnących niemal przy samej wodzie.
Czy polecam tę trasę?
Jeśli chcesz poznać mniej oczywiste zakątki Polski — zdecydowanie tak. Na Transwielkopolskiej Trasie Rowerowej przez długi czas nie spotkaliśmy praktycznie nikogo, a na Szlaku Pojezierzy Zachodnich większy ruch pojawił się dopiero w okolicach niemieckiej granicy.
Jeśli więc szukasz spokojnej trasy w otoczeniu natury, nie przeszkadzają Ci długie i momentami monotonne odcinki oraz potrafisz przymknąć oko na brak spektakularnych widoków — ta trasa może być właśnie dla Ciebie.
A jeśli wolisz coś zupełnie innego – zajrzyj do pozostałych relacji z moich wypraw rowerowych. Niektóre z nich oferują zdecydowanie więcej spektakularnych widoków 😊





